Otwór w sklepieniu kościoła Mariackiego


Na temat otworu w kościele Mariackim znalazłem kilka podań, trochę różnią się od siebie, niemniej łączy je jedno – osoba diabła.

Jan Czeslaw Moniuszko "Gra w karty"

Jan Czeslaw Moniuszko „Gra w karty”

W kościele Mariackim w Stargardzie kiedyś bezbożni ludzie grali w karty. Po czasie dołączył do nich diabeł i powiedział: „Najdumniejszego z waszego kręgu zabieram ze sobą. Kto to jest?” Był wśród nich jeden, który zawsze nosił skromny lniany kitel i dlatego nigdy nie uważano go za dumnego. Ale właśnie jego złapał diabeł i ruszył z nim przez dziurę w suficie. Jeszcze dzisiaj można zobaczyć ten otwór i krew, gdyż otworu nie można było zamurować, a krew nie dała się zmyć.

Burmistrz spotyka diabła

Kiedyś do burmistrza Stargardu przyszedł mężczyzna w szerokim płaszczu i poprosił go, by w kościele Mariackim zagrał z nim partyjkę w karty. Obcy był diabłem, a burmistrz, który to prawdopodobnie przeczuwał, wprawdzie przyjął zaproszenie, ale zabrał ze sobą do kościoła pastora. Gdy grali już jakiś czas, na posadzkę spadła karta i burmistrz nachylił się po nią. Wówczas zauważył, że obcy ma jedną nogę końską i teraz doskonale wiedział z kim ma do czynienia. Podskoczył, przeżegnał się i uciekł, a diabeł, który nic więcej nie mógł zrobić, wyleciał przez mysią dziurę.
W zakrystii stargardzkiego kościoła Mariackiego, na sklepieniu, można zobaczyć otwór, którego według podania nie można zamurować. Wielu mistrzów murarskich przez wiele lat usiłowało zamurować ten otwór. Jednak żadnemu dotąd się to nie udało, bowiem za każdym razem uzupełniony kawałek wypadał, nie chcąc się do niczego przykleić. Na temat powstania tego otworu opowiada się co następuje.
W Stargardzie żył kiedyś pastor, który był namiętnym graczem w karty i grywał w tym świętym miejscu. Pewnego dnia w zakrystii wyjął z kieszeni karty i zaczął grać. Wtedy przyszedł po niego diabeł, złapał pastora i pofrunął z nim przez sufit na zewnątrz i na dół aż do piekła. Tak powstał ten otwór.

Stary żołnierz, który służył w Stargardzie opowiadał to podanie w inny sposób.

W Stargardzie na początku ubiegłego wieku przebywali żołnierze na kwaterze. Kilku z nich umieszczono w kościele Mariackim. Pewnego dnia jeden zaproponował, aby zagrali w karty. Pozostali zgodzili się, a ponieważ nie było żadnego innego miejsca do gry, wybrali ołtarz jako stół. Gdy gorliwie siedzieli przy grze, nagle otworzyły się drzwi i wszedł jakiś mężczyzna, który zapytał czy może z nimi zagrać. Oni zgodzili się na to, ale najpierw chcieli dokończyć swoją partię. Wten jeden z żołnierzy spojrzał na nogi obcego i zauważył, że on miał jedną nogę końską, a drugą ludzką. Gdy chciał przekazać pozostałym swoje odkrycie, wówczas diabeł złapał go i wywlókł przez otwierający się nad nim dach, który się za nim zamknął. Jednak każdej nocy o tej godzinie, gdy diabeł przyszedł po człowieka, dach sam się otwiera.

Diabeł przychodzi po chłopca z chóru

W dawnych czasach w stargardzkim kościele Mariackim w niedzielę o piątej godzinie i o siódmej odbywało się nabożeństwo. Wtedy kilku chłopców z chóru postanowiło zostać w kościele. Bawili tu i dokazywali. Jeden z nich miał karty do gry i dwóch pozostałych namówił, aby z nim zagrali. Natychmiast usiedli przy ołtarzu i zaczęli grać. Przy tym pogniewali się, bowiem dwóch z nich twierdziło, że ten trzeci oszukiwał. Tak też było, ale bezczelny chłopak zaprzeczał i wołał waląc pięścią w ołtarz: „Niech mnie diabeł porwie, jeśli to jest prawdą!” Przy tych słowach zaszumiało i śmiejąc się stanął przed nim szatan. Powiedział: „Chodź chłopaku!” Przy tym złapał go za kark i wyleciał z nim przez otwór w suficie, który jeszcze dzisiaj w hali wieży można zobaczyć.

Opracowanie na podstawie opowiadań z książki Wojciecha Łysiaka „Diabelskie sprawki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *