O Sydoni – białej damie szczecińskiego zamku 1


Na podjeździe zatętniły kopyta. Grupa jeźdźców bez pośpiechu zbliżała się do drzwi dworu. Za nimi wytoczyła się z alei niewielka kolasa o przysłoniętych oknach.
Sydonia poznała barwy służby książęcej. Po co przyjechali? Co sprowadza ich na to odludzie? Przywykła już od lat do tego, że świat zapomniał o niej, tak jak zżyły się z tą świadomością wszystkie mieszkanki starej, poklasztornej budowli. Smutne, wąskie izdebki — dawne cele zakonnic — nie przygnębiały już swym wyglądem. Stały się domem dobrym, bo ostatnim. Gdy na nic już się nie czeka, ważne stają się tylko spotkania przy wspólnym posiłku, zmartwieniem napełnia deszcz mżący za oknami, raduje odrobina słońca, spacer po zarośniętym chwastami ogrodzie i znów oczekiwanie na obiad czy wieczerzę.

Sydonia von BorkGdzieś za lasem jest wieś, z której przywożą tu żywność z łaski księcia. Niektóre z mieszkanek marianowskiego opactwa sławią nawet dobrego władcę. Zacny pan, nie skąpi skromnego jadła córkom rycerskiego stanu, którym brak posagu nie dał uzyskać małżeńskich słodyczy i utrapień. Łaskawy książę Franciszek… Łaskawy? Dla nich, panien z szaraczkowej szlachty! Nie dla niej! Gdyby nie on i Bogusław, i Barnim, i Kazimierz, i Jan Fryderyk, i kto ich już spamięta: wszystkich braci, wujów i pociotków Ludwika Ernesta, nie byłaby tu więdła latami w samotności i rozpaczy.

Mogła stać się jedną z nich i słusznie jej się to należało. Nie było na całym Pomorzu urodziwszej dziewki, nie brakło jej manier godnych żony książęcej: gdzież równać się z nią było owej Niemkini, którą pojął, dając słuch namowom. A ród? Nie ma sławniejszego rodu od Borków na Pomorzu! Nie książęcy, prawda, lecz równie stary jak Gryfitów. Praszczur kasztelan kołobrzeski władał jako pan udzielny połową obecnego księstwa, wtedy gdy przodkowie Ludwika gnieździli się jeszcze w nędznym Kamieniu, odciętym knieją od świata i rzeką od portów Wolina.

Zbiednieli od tamtych czasów Borkowie, podupadli. Nowe, obce rody zyskały przystęp do dworu. Nie wygasła jednak pamięć o sławnej przeszłości i duma. Właśnie ona nie zezwoli zejść na podjazd, powitać przybywających, spytać, z czym jadą. Nie godzi się, by byle pachołkowie budzili ciekawość Borkówny. Zostanie w celi. Mają sprawę do przełożonej Dworu Panien, niech sami tu przyjdą.

Przyszli.

Twardym krokiem wkroczyli przez drzwi otworzone bez pukania. ]Ve pokłonili się, jak przystało. Ten, który nimi dowodził, spytał ty-ko krótko, jakby oszczędzając słów:

—    Sydonia Bork ?

—    Jam jest — odpowiedziała, nawet nie urażona grubiańskim traktowaniem, po prostu ogromnie zdziwiona, że ośmielają się tak zachowywać.

—    Trzeba się zabierać. Na zamku czekają.

—    Na zamku?—jeszcze nie rozumiała.

—    W Szczecinie — wyjaśnił niecierpliwie. — I radzę po dobrowoli. Nie Iza dawać oporu. Na nic się nie zda.

Opierać się? Dlaczego? Niech wiozą. Więc to po nią ta kolasa. Tylko czemu wzywa ją dwór? Czyżby teraz, u schyłku jej dni, przypomnieli sobie o skrzywdzonej, znaleźli dla niej jaki kąt gościnny tam gdzie mogła być panią? Dobrze, pojedzie, ale gdy stawią ją przed oblicze Franciszka, powie, że dziękuje, że nie pragnie już widzieć miasta i dworu. Wystarczy cela w Marianowie, by dożyć lat swoich, może już nie lat, miesięcy.

Schodziła godnie, powoli, z podniesioną głową. Siadając do powozu pochwyciła spojrzenia towarzyszek zebranych przed budynkiem. Muszą jej zazdrościć. Zazdrościć? Inaczej układają się barwy ich oczu. Jedne patrzą z przerażeniem, inne ze złośliwą radością. Przez szmer szeptów przebijają się strzępy zdań:

—    …powiadałam, iże tak skończy…

—    …i czart ninie nie wspomoże.

—    …zali to pewne?

—    …czarownica…

Zdrętwiała na dźwięk ostatniego wyrazu. Czarownica? O czym one mówią? Ach, rozprawiały widocznie z pachołkami, wskazując mi drogę do jej celi. Co powiedzieli? „Wiedźma”? „Czart”,

„…tak skończy”. Zasłyszane słowa wplatały się w turkot kół. Iście obeszli się z nią jak z czarownicą.

W kolasie było ciemno. Zaczynała pojmować, dlaczego te zasłony na oknach. Ach, podli, podli! Nie wystarcza im, że skrzywdzili dziewczynę odbierając jej ukochanego. Teraz dłoń ich dosięgła starki, by odjąć jej resztkę żywota. Więc po to wiozą na zamek nie przed księcia, łecz przed oblicze mistrza, nie w komnatach szykują miejsce, a w lochu więziennej wieży. Za co? Myśli się mącą. Za co?

Sydonia von BorkJeszcze przed zamknięciem bram byli u celu podróży. Oczekiwano już na nich. Z ulic biegł wrogi pomruk tłumu. Ścianka kolasy zatrzęsła się nagłe, ktoś rzucił kamieniem. Potem powóz stanął. Z okrzyków straży Sydonia zorientowała się, że gawiedź zagrodziła drogę. Parskały przestraszone konie: widać napierano na konwój, przyciskając jeźdźców do powozu.

—    Dawać ją tu! — rozległo się zupełnie blisko. — Lud chce obaczyć zacną damę!

—    Niech się okaże! Nie kryjcie jej! Niech wyjrzy!

—    Wiedźma przeklęta! Książę Filip żywota zbył przez jej praktyki tajemne.

—    I książę Jerzy! I Kazimierz!

—    A Bogusław, Barnim i Jan Fryderyk to z czego pomarli? Wiadomo. Niezwyczajna to rzecz tyle zgonów.

—    Nawet swego ulubionego Ludwika nie oszczędziła! A nasz pan, miłościwy Franciszek, czemu cięgiem słabuje i z komnat nie wychodzi? Kto urok nań rzucił?

Zgiełk rósł, przybliżał się, huczał wokół powozu. Wśród wrzawy rozległy się jęki. Pewno straż płazowała szablami tych, co podeszli za blisko.

Sydonia wcisnęła się w róg powozu. Ogarnęła ją trwoga. Nie przed tą ciżbą. Przed wieścią, która doszła do niej w okrzykach wezbranej, rozwścieczonej ulicy. Więc to tak. Zarzucają jej, że użyła ciemnych mocy dla wygubienia książęcego rodu. Stąd to wzburzenie tłumu. Wiedzą przecie, że ze śmiercią ostatniego z Gryfitów państwo przejdzie pod brandenburskie panowanie. Tak mówi stary układ.

Jacy głupi, jak strasznie zaślepieni ci na ulicy i ci w zamku! Nikt nie pomyślał, skąd naprawdę ta seria chorób i bezpotomnego schodzenia ze świata władców Pomorza. Nikt nie podejrzewa niemieckich medyków na dworze. Wolą w niej widzieć przyczynę wymierania rodu.

„Czarownica!” „Moce czartowskie!” Mądrze to ktoś wymyślił. Kto? Czy nie na dworze margrabiów wylęgło się owo oskarżenie?

A oni uwierzyli. Wszyscy! Książęta i lud. Któż da wiarę starej, samotnej kobiecie?

Wołają: „Szukała pomsty za to, że nic dali jej wyjść za księcia!” To im wystarcza. Pewnie, jak mogła się nie mścić? Ludzka rzecz. Dują wiarę oszczerstwu, bo sami byliby zdolni do zemsty.

Nienawidzić ich? Nic, już nie teraz, do tej pory żyła nienawidząc. Obecnie gaśnie tamto uczucie. Pozostaje tylko pogarda.

Z oddali dobiegł głos rogu. Pewno idzie w sukurs warta zamkowa, może spieszą pachołkowie Rady. Powóz znów rusza. Nie dali jej tłumowi. Ale niech się pospólstwo nie trapi. Będzie jeszcze spectaculum na Psim Wzgórzu, za murami. Może już ustawiają stos? Wzięli ją przecie z takim pośpiechem z marianowskiej samotni…

Długo trwała procedura sądowa. W końcu złamana torturami Sydonia potwierdziła wszystkie zarzuty. Wtedy dano jej spokój.

Zebrał się sąd. Sprawa była jasna. Dowód winy nie ulegał wątpliwości, przecież w krótkim czasie pomarło wielu książąt. Wyrok mógł być tylko jeden.

Gdy ogłoszono go, Sydonia wstała słaniając się i rzuciła w twarz księciu Franciszkowi:

—    Dajesz mnie, panie, na śmierć ? Twoja książęca wola i prawo. Są wszakże i wyższe wyroki. Pomnij, książę… I ty nie dożyjesz wiosny.

W dniu 28 września 1620 roku tłumy mieszkańców Szczecina zaległy plac pod murami. Zanim zapłonął stos, na szafot wszedł urzędnik sądowy i odczytał dodatkowe postanowienie trybunału: zdjęci litością, wspaniałomyślni sędziowie orzekli za zgodą księcia, że karę śmierci ogniowej zamienia się Sydonii z Borków na ścięcie mieczem, po czym dopiero członki mają być rzucone w płomienie.

Zafalował tłum przejęty podziwem dla tak wielkiej łaskawości. Skazana nie zwróciła na to uwagi. Otępiałą na wszystko, chwiejącą się, sprowadzono ze stosu, po czym wzięli ją pod rękę pomocnicy mistrza i pociągnęli ku pniakowi. Błysk miecza mignął srebrzyście nad szafotem.

Książę Franciszek nie o wiele przeżył tę, na którą zatwierdził wyrok. Zmarł 27 listopada, w dwa miesiące po egzekucji Sydonii.

W 1622 roku odszedł ze świata książę Ulryk, a w 1626 roku książę Filip Juliusz. W rok później nad Pomorzem rozszalała się zawierucha wojny trzydziestoletniej. Wkraczające wojska cesarskie odebrały schorowanemu Bogusławowi XIV nawet pozory sprawowania władzy. Wprawdzie w 1630 roku Niemców wypędzili Szwedzi, a Gustaw Adolf nadał Bogusławowi miano „czcigodnego sprzymierzeńca”, jednak służyło to tylko nowym formom rabunku. Osłonięto go klauzulami układów i postanowień o płaceniu „podatku za wyzwolenie”, który ściągano niemiłosiernie.

W opustoszałym zamku, wznoszącym się wysoko nad Odrą, dogorywał ostatni władca Pomorza Zachodniego, pozbawiony dworu, armii i skarbu. Od wielu tygodni nie midi żadnej łączności z krajem. W miastach rządzili w jego imieniu komendanci szwedzkich garnizonów, a na polach rozkwitały bujne maki, bławaty i osty. Zewsząd przychodziły wieści o pożarach i epidemiach. Z okien zamkowych widać było port pusty i martwy. Milczały wyludnione ulice Szczecina.

W dniu 10 marca 1637 roku przepłynął przez nie niespokojny, gwałtowny jęk dzwonów. Najpierw zahuczał spiż na wieży zamkowego kościoła. Natychmiast zawtórowały mu dzwony fary Mariackiej. Słysząc ich uderzenia biegli do sznurów kościelni od Św. Jana, Piotra i Pawła, Mikołaja, Jakuba.

Pod zamkiem narastał tłok, szli słowiańscy rybacy, pasterze i rzemieślnicy z przedmieść, ciekawość wiodła nielicznych, ostatnich kupców Szczecina, wśród tłumu migotały barwne kolety żołnierzy szwedzkich, którzy zwiedzieli się, że oto umarł ostatni władca słowiańskiej dynastii, panującej w tym kraju od siedmiu wieków, a może i dłużej.

Dzwony biły długo, przejmująco. Echa ich melodii zawisły nad murami i basztami, zniżały się ku szarym falom smutnej rzeki, dogasały na Psim Wzgórzu, koło szczątków szafotu.

Śmierć Bogusława XIV nie przyniosła margrabiom oczekiwanej zdobyczy. Szwedzi mocno trzymali Szczecin i wybrzeże Bałtyku. Daremne były brandenburskie zabiegi, przyspieszające wyginięcie rodu Gryfitów.

A Sydonia? Pozostał po niej obraz, znajdujący się obecnie w Muzeum Pomorza Zachodniego, w sali książęcej. Codziennie oglądają go setki turystów przybywających do znów polskiego Szczecina. Z ciemnego tła portretu patrzą smutno oczy dwóch kobiet.

Jedna z nich to młoda dziewczyna olśniewającej urody. Tak wyglądała wówczas, gdy przyniesiono jej wieść, że umiłowany i miłujący książę Ludwik Ernest wysłał swatów na dwór brunszwicki prosząc o rękę księżniczki Zofii Jadwigi.

Drugi wizerunek przedstawia osiemdziesięcioletnią kobietę o pomarszczonej twarzy i oczach przesyconych cierpieniem. To „czarownica” Sydonia dobiegająca kresu swych dni.

Są również legendy. Jedna z nich mówi, że gdy noc księżycowa wschodzi nad Szczecinem, na tarasie zamkowym pojawia się zwiewna sylwetka białej damy i spaceruje wzdłuż attyki. Czasami przystaje by spojrzeć na miasto lub na rzekę. Czasami schodzi na dziedziniec zamkowy.

Wróciła tutaj, gdzie nie dopuszczono jej za życia. Podobno uśmiecha się. Czyżby zapomniała o tym, co ją spotkało?

Nie wszystkie to podania o pięknej i nieszczęśliwej córce starego polskiego rodu pomorskiego. Fantastyczne powieści wiążą się z miejscem, gdzie przyszła na świat, pałacykiem w Strzemielu i z dworem Borków w Stargardzie Łobeskim. Mówią one o pierwszych dniach dziewczęcych Sydonii.

W Marianowie rośnie natomiast dąb prastary, noszący jej imię i także owiany legendą.

Źródło: Marzenna Rzeszowska „W Krainie Gryfitów” 1986


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “O Sydoni – białej damie szczecińskiego zamku

  • Karina

    Moja koleżanka Irena zaprowadziła mnie nad Ine jest tam bardzo mrocznie jedna część Iny jest ciemna druga jasna gałęzie optaczają cały pagórek znalezliśmy tam pare wskazówek może mianowicie znalazła kruka który miał kod pod skrzydłem 12999 a na pniu drzewa nad Iną byłą wyryta 13 mamy 13 lat (-)kruka który ma już osiem lat pozostaj (5 lat własnie w 5 lat go znalazła) to jest dziwne mówiła ze żyje tam strażniczka iny czarna,i , biała dwie siostry zaczeła mówić ze przyciąga mnie zło bo nie wiedziałam jakie są jej cechy charakteru a podobno mi mówiła zadawała różne przedziwne pytania kazała mi rozpuscic włosy i patrzała mi w oczy mówiła ze robią sie coraz bardziej zielone miałam lusterko to prawda ,jeszcze wczesniej powiedziała ze ma dziwne sny które dotyczą jej mnie i Iny ze niby pewna kobieta utopiła sie tam i ma dziwny medalion który ma kształt wyryty pod 13 na drzewie czy to może (FAKT ŻE ONA MA TAKI WISIOREK)być jakaś historia Iny ZE Stargardu ?? coraz więcej myśli coraz więcej wątków ciężko zrozumieć ale to niewyobrażalne przeżycia dotknięte w tej historii czy to tylko jej dziwna wyobraznia ? . Karina