Oko Opatrzności w Wierzbnie


Mijały żniwa i coraz więcej rżysk płowiało na polach w gorącym jeszcze, letnim słońcu. Ucichły nawoływania żniwiarzy, nie skrzypiały już fury ze zbożem zwożonym do stodół. Tylko skowronek jeszcze dzwonił gdzieś wysoko, a na ścierniskach pomrukiwały krowy i gęsi gęgały, zbierając pogubione kłosy. W sadach jabłka dojrzewały ku uciesze dzieci i pierwsze śliwki błękitniały wśród liści, a ogródki mieniły się tęczą różnokolorowych astrów i białych margerytek. Ludzie odpoczywali po żniwnym trudzie i sposobili się do wykopków. Ale był jeszcze czas na jesienne prace. Teraz nastał czas radości: świętowano ochoczo dożynki, bo też urodzaj był jak rzadko. A poza tym był to czas wesel i chrzcin, które najczęściej odkładano właśnie na «po żniwach». Dlatego po wsiach w niedziele muzykę było często słychać z daleka: znów wesele się odbywało.

Tak było i w Wierzbnie. Co niedziela zajeżdżały przed kościół umajone fury z weselnikami i muzyką. Młode pary podążały przed ołtarz, by w skupieniu nabożnym przed Bogiem przysięgę małżeńską składać. A potem bawiono się do upadłego. Radzi byli ludzie ze żniw wspaniałych, ziemniaki też dobrze się zapowiadały. Tak było na całym Pomorzu. Nastał spokojny, cichy czas sytości.

Aż tu naraz, w tę ciszę zbożną, gruchnęła straszna wieść, niczym grom z jasnego nieba: zaraza idzie! Zerwali się ludzie przerażeni okropnie tym złowieszczym okrzykiem. «Gdzie, skąd ta zaraza, kto ją do nas przywlókł?» – pytali strwożeni. Kręcili się wokół domów bezradni. Kto mógł, uciekał w inne strony do krewnych, przede wszystkim dzieci wysyłano, jak gdyby zaraza nie mogła dotrzeć wszędzie. No i szerzyło się to uprzykrzenie okropne, coraz to inna wieś zapadała na zarazę, coraz to inne miasto przerażenie ogarniało. Pomór zbierał bogate żniwo. Ludzie padali niczym muchy i niebawem w niejednej wsi tylko po kilka osób pozostawało przy życiu. Aż tu wójt Wierzbna, pobożny wielce Szymon, zwołał ludzi i rzekł: «Na nic nasze biadolenie, na nic nasze trwożne i bezradne czekanie. Rzućmy się wszyscy na kolana i w nieustającej modlitwie, w prośbie gorącej błagajmy Pana o zmiłowanie, o odwrócenie złego!» No i tak ludzie zrobili: dniami całymi i nocami Pana błagali o odwrócenie zarazy. Krzyżem w kościele leżeli i umartwiali się, byle Pan Bóg łaskawym okiem na Wierzbno spojrzał. A zaraza coraz to zbliżała się i kiedy już zdawało się, że nic nie jest w stanie jej powstrzymać, zaczęła przygasać. Ominęła Wierzbno, żadnej nie czyniąc szkody i niebawem całkiem wygasła. Radość przeogromna ogarnęła ludzi, dziękczynnym modłom nie było końca. Ogromna wdzięczność była we wszystkich sercach. I wtedy znów wójt ludzi zebrał i rzekł: «Uratował nas Pan z niedoli wielkiej, uratował nasze życie, nasze rodziny. Podziękować trzeba Panu za tę wielką łaskę. Popatrzcie, jaki nasz kościółek mały, ubożuchny, po dawnym pożarze ledwo ołtarz i ambonę sklecono, a strop rychło nam się na głowy posypie, taki jest zmurszały. Przyrzeknijmy Panu, że Jego świątynię odnowimy, a przede wszystkim strop nowy zrobimy». Ludzie gorąco przytaknęli wójtowi. Wnet też wzięto się do roboty. Strop nowy, drewniany umieszczono w kościele, a malowidła na nim wykonał znany malarz Christian Thiessen. Na stropie są sceny biblijne, jest wizerunek Chrystusa Pana, ale przede wszystkim umieszczono pośrodku stropu Oko Opatrzności Bożej, jako że Wierzbno Jej zawdzięczało swe ocalenie.

Opr. Monika Wiśniewska „Legendy Pomorskie. Ocalić od zapomnienia” Szczecin 2003
Zdj. Daniel Pałys / legendy.fstargard.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *