O żołnierzach zamienionych w drzewa w Osowie


Wieczór wschodził ciszą. Śnieg nie topniał już pod butami, zwarł się, przymarzł i towarzyszył krokom cichym skrzypieniem. Na widnokręgu widniała ściana lasu i rosła, w miarę jak zbliżali się ku niej. Sił im nie brakło. Szli obaj równym, sprężystym krokiem, szybko przemierzając przestrzeń ośnieżonego ścierniska. W oddali zamigotało światełko przebijające się przez ciemną linię drzew.

Przystanęli.

—    Tam jest jakaś osada — powiedział Jakub. —- Czy aby dobrze idziem? Znasz te strony, gadałeś.

—    Tak. Poznaję… — Jaśko przypatrywał się uważnie, jakby odgrzebując w pamięci dawny obraz. — Zatrzymywalim się tu nie jeden raz. To świeci karczma w Osowie. Może i dziś by się zdało odsapnąć nieco.

Tamten żachnął się.

—    Co pleciesz! Przecie trza nam uchodzić co rychlej. W kazernie już pewnikiem zoczyli, że nas nie ma. Znasz Kocha. Zaraz pchnie pościg.

—    Kocha znam, ale żeby on ino znał, gdzie nas szukać — roześmiał się Jaśko.
—    Ej, chłopcze! Wiesz, że u niego ślipia jak u kota. I po ciemku wyśledzi. A wleźć mu w pazury, brrr…

—    Nie potom szedł z tobą, aby mnie chwycił. Do naszych for-poczt już musi blisko. Czata doniosła wczoraj, że w Dobrej stoją Francuzi, a ze Stargardu chmara Italianów wali na Maszewo. Koch nie wychyli nosa z Nowogardu. A może i uszedł już z całą pruską komendą.

—    Może i to być. Ale ja tam wolę nie ubezpieczać się zbytnio. Dojedziem do naszych, to będzie czas na popas.

Widząc, że nie przekona towarzysza, Jaśko zmarkotniał. Głód doskwierał mu już porządnie, a i napić się na rozgrzewkę przecie też by nie zawadziło. Niewiele. Tyle, aby krew żywiej poruszyć. Spojrzał smutno na mrugające zachęcająco dobrze znane światełko.

—    Jako chcesz — westchnął udając, że nie nalega— ale rzeknij, czy nie może być, że w Osowie siedzą już huzary lub szasery Napoleona. Jak nie zajdziem do wsi, to dalej trza nam będzie brnąć po lasach i polach. Na darmo. I o pustych kiszkach. Może by tak zajrzeć, czy nic ma ich w karczmie?

—    A no, sprawdzić można. — Kuba nie był zupełnie przekonany, ale nie miał już argumentów. — Tylko trza cichcem…

—    To idziem.

Ruszyli bystro. Mrok już był prawie zupełny. Nawet masyw boru,choć coraz bliższy, zatarł się w ciemni i tylko okienko karczmy wskazywało kierunek marszu.

Zatrzymali się przy pierwszych opłotkach.

—    Zajazd jest przy głównej drodze — objaśniał Jaśko. — Jeszcze siedem czy osiem zagród przed nami. No i dwór. Przez wieś możem iść śmiało. Tu Szwabów nie ma. A potem cicho pod murem, żeby jakiś z tych psów ze służby nie zoczył. Zaraz by doniósł.

A potem…?

Zwyczajnie. Jak nie będzie naszych w karczmie czy na drodze to lecim dalej… No, chodź… Ino pomnij, com rzekł.

Piechota nadwiślańskaRuszyli jeden za drugim, postępując w odległości paru kroków. Wieś spała. Posuwali się jak duchy w swych długich, jasnych płaszczach piechoty regimentu kołobrzeskiego. Koło zabudowań dworskich zwolnili kroku. Trzeba było uważać, by nie zadźwięczały pałasze, by but nie stuknął o kamień ukryty w śniegu. Obaj myśleli o tym samym. Z radosną nadzieją chwycili wzrokiem sylwetkę jeźdźca, która zamajaczyła na drodze. Kawalerzysta stał na pikiecie z bronią wspartą o kark wierzchowca. Twarz jego zwrócona była w inną stronę, nie mógł więc ich zauważyć. Czujnie wypatrywał czegoś u wylotu drogi, niepomszony, wyprężony w siodle, pełen gotowości do podniesienia alarmu. W mroku nie można było dostrzec barw jego munduru.

—    Któż by to był… ?

—    Pssst…

Usunęli się w cień rozłożystego drzewa. Chwilę odpocząć. Pomyśleć, co czynić. Co czynić?

Gdybyż to był pierwszy ujrzany żołnierz nacierającej, zwycięskiej armii. Od dawna marzyli o chwili, gdy będą mogli wreszcie dotrzeć do przednich straży napoleońskich i zrzucić znienawidzone mundury pruskie. Parę razy, od chwili gdy porozumieli się tajemnie, wybierali moment ucieczki. Zawsze jednak coś udaremniało zamiar, krzyżowało plany. Przed nimi uciekali już inni, i dowódca oddziału, lejtnant Schill, zrobił się podejrzliwy i ostrożny. Chwytano zresztą niektórych zbiegów, przepuszczano ich przez kije i wieszano na rynku staromiejskim nad jeziorem. Były i inne przeszkody. A to nagły wymarsz, to alarm w kompanii, to niespodziewane wyznaczenie na wartę. Dopiero dziś, gdy wysłano ich obu na patrol, zdecydowali, że nie można rezygnować z okazji. Wszystko sprzyjało zamysłowi przedarcia się do swoich. Trasa patrolu wiodła w kierunku Golczewa — na północ. Tam więc będą ich szukać, gdy po sześciu godzinach nie zjawią się z powrotem w Nowogardzie.

Szybko zeszli z gościńca i lasami okrążając miasto dobrnęli do drogi wiodącej do Dobrej, po czym znów oddalili się od traktu i polami, zagajnikami, pod osłoną wzniesień i lasów dążyli na południe, byle dalej od miejsca, gdzie kwaterują jeszcze Prusacy.

A teraz, na środku Osowa, ten jeździec. Francuz, Włoch, rodak? Niedziwne by było. Ale trzeba wiedzieć na pewno. A potem — wyjść z cienia, zerwać wrogie znaki z mundurów, z szyneli i z czap! Znaleźć się między swoimi! I wracać do Nowogardu, do Gryfic, Kołobrzegu, nad morze! Razem! W gromadzie bratniej. Z giwerem w dłoni, pod narodową komendą! Z pieśnią wolnych na ustach. Wyzwoleńczym marszem i ogniem wyzwolicielskiej broni rozwalać resztki obcej władzy!
Oczy rozbłysły obrazem bliskiej już chwili. Może to zaraz… Jeśli tylko to awangarda wojsk cesarza Francuzów. Lecz jeśli…

—    Zaczekaj tutaj — szept Jaśka starał się być jak najcichszy. — Ju częściej chodziłem na zwiad. Podejdę bliżej, obaczę. Gdy będzie źle, bacz, Kuba, tam jest park dworski. Goń ku niemu, nie czekaj. To blisko. Ujdziesz. Od parku zaraz bór. Nie zgonią. A teraz mnie nie wstrzymuj. Po co oba mamy ginąć?

Nie zwracając uwagi na niemy protest począł skradać się, zapadając raz po raz w osłonę drzew, załomy chat, cienistość płotów. Szedł cicho, aż dziw, że śnieg nie skrzypiał pod ciężkimi butami. Był coraz bliżej jeźdźca.

—    Oby tylko tamten nie odwrócił się, nie dojrzał -— pomyślał Jakub, gdy kompan znalazł się na nie osłoniętym odcinku drogi i musiał przejść kilkanaście kroków do następnego dębu. Widział, jak przyspiesza kroku. Głośny chrobot śniegu przybiegł nagle do uszu Jakuba, ale usłyszał go i kawalerzysta. Błyskawicznie odwrócił się. Jaśko był dopiero w połowie drogi i widać było, że zawahał się na chwilę, co czynić.

—    Wer da? Halt! — szczęknęło wśród ciszy.

Kuba skoczył do tyłu.

—    Halt! Halt! — darł się jeździec.

Zanim uciekający zdołał skryć się za najbliższym drzewem, huknął strzał. Kuba wyrzucił w górę ręce i wolnym gestem sylwetka jego przegięła się, złamała i opadła na śnieg.

Wrzask alarmującej czujki rozniósł się po wsi.

Jaśko mierzył w niego długo, uważnie. Strzelił. Musiał trafić, bo jeźdźca zmiotło z siodła. Koń jego zakręcił się w miejscu i ruszył z kopyta, wlokąc Niemca w strzemionach.

Na drodze zakotłowało się. Z karczmy wybiegli żołnierze dzwoniąc szablami.

—    Zaraz będziem ich mieć na karku — obok leżącego Kuby wyrósł jak spod ziemi Jaśko. — No, nie udało się. Wiejem do parku i w las! Tyś żyw?

—    Nie dorósł Szwab, aby mnie ustrzelić. Zmyliłem go.

Przeskoczyli przez drogę. Gdy byli na zakręcie, buchnęło kilka strzałów. Przenosiły górą. Gorsze było to, że zauważ,ono kierunek ich ucieczki. Niemcy zdążyli już zorientować że mają do czynienia nie z podjazdem napoleońskim, lecz z uciekinierami. Nabrali odwagi. Znów zagwizdały kule.

—    Strzelają z koni. Nie ucelują.

—    Ale mogą doścignąć.

—    Zobaczym. Jużem się spod pierwszej śmierci wywinął. Może i tu się uda.

Biegli co sił w nogach. Znów zakręt. Płot zagradza drogę. Przesadzić! Teraz w pole. Park jest tuż, tuż. Byłe dojść.

Z tyłu zbliżał się tętent. Przyniósł się odgłos łamanego płotu. Jakieś krzyki i przekleństwa. Coraz głośniejsze. Znowu strzał, samotny, przeciągłym echem odbity od ściany lasu. Stukot kopyt bliżej, coraz bliżej.

—    Dognają…!

—    Biegnij, nie gadaj!

—    Dognają!

—    Strzelaj! — szepnął Kuba łapiąc oddech. — W tego pierwszego… Ja naładuję. Trza ich na czas wstrzymać.

Czarne, szamerowane złotem mundury dragonów widać było już wyraźnie. Po pierwszym wystrzale ten, który już dopadał do uciekinierów, znikł pod grzbietem końskim. Kuba wolał nie ryzykować. Ugodził konia następnego jeźdźca. Było już o trzech mniej. Ale pozostali nie zamierzali rezygnować z pościgu. Dopadli zbiegów pod ogromnym, starym dębem. Kilkunastu konnych utworzyło wielkie koło. Zbliżali się powoli, z palcami na cynglach karabinów.

Jaśko znów strzelił. Nie trafił.

Dragoni byli coraz bliżej.

—    Die Wehr ab! — krzyknął oficer.

—    Akurat, rzucić broń — i Kuba wymierzył w niego.

—    Vorwarts ! — ryknął tamten do swoich. — Ab er nicht schiessen! Wir mussen im Leben dieses verfluchte Pommern haben ! [Naprzód! Ale nie strzelać! Musimy wziąć żywcem tych przeklętych Pomorzan.]

Strzał Kuby trafił go w rękę. Inni zeskoczyli z koni i coraz ciaśniejszym kręgiem zaczęli zbliżać się do dębu. Pomorzanie odrzucili karabiny i też dobyli pałaszy. Zaszczekały ostrza. Jeszcze jeden z napastników runął na ziemię, a kolejny odskoczył z draśniętym policzkiem. Walczono w milczeniu. W pewnej chwili sztych przeciął Kubie dłoń. Ręka wypuściła broń i zwisła bezwładnie. Jaśko wysforował się do przodu, usiłując osłonić przyjaciela. Przeciw niemu wysunęły się klingi. Wrogowie nic spieszyli się. Usiłowali ciąć po ręku tracąc okazję do zadania śmiertelnych uderzeń. Dłoń drętwiała i mdlała. Oczy traciły ostrość obrazu.

Czarne i krwawe plamy zaczęły wirować w źrenicach.

–    Gdyby być jak to drzewo — przemknęło mu przez myśl. Czuł twardość dębu za plecami. — Nieruchome ono, wrośnięte mocno w ojczystą ziemię. Szczęśliwe drzewo. Przetrwa czas zimy i na wiosnę rozzieleni się znowu. Będzie to już inna wiosna. Bez Prusaków. Ale zanim przyjdzie, nas obu powiodą na kaźń do miasteczka. Już sił braknie do odbijania ciosów. Żeby być jak to drzewo…
Czarne i krwawe plamy, migające przed oczami, zgasły nagle. Ręka zesztywniała zupełnie. Opuściła się wzdłuż tułowia, przylgnęła do boku. Spojrzał z rozpaczą na towarzysza. Nie zobaczył go już obok siebie. Dostrzegł natomiast jak przez mgłę cofających się w przestrachu dragonów. Ich osłupiałe spojrzenia utkwione były właśnie w niego.

—    Cóż się stało ? — zadziwił się.

Skierował wzrok ku swemu mundurowi, butom, szabli, dłoniom, ale nie zobaczył już nic prócz stężałej w mroźnym powietrzu kory młodego drzewa.

Po dziś dzień w parku pałacowym w Osowie koło Dobrej Nowogardzkiej stoją dwa buki zrośnięte z pniem potężnego dębu. Podanie mówi, że prastare to drzewo, pragnąc ochronić Pomorzan przed wpadnięciem w ręce prześladowców, zmieniło ich w buki swą czarodziejską mocą. Przerażeni Prusacy uciekali od tego miejsca, jakby goniła ich cała dywizja francuska, ale obaj przyjaciele nie mogli już przybrać z powrotem ludzkiej postaci. Pozostali tu zespoleni ze swym wybawcą.

Opowieść ta wyrosła na kanwie autentycznych wydarzeń historycznych. W owym pamiętnym roku 1807 setki młodych Pomorzan, wcielonych przymusowo w szeregi znienawidzonej armii pruskiej, z narażeniem życia przekradało się do wojsk napoleońskich, by walczyć o wolność ojczystej ziemi pod sztandarami polskiej Legii Północnej, tworzonej w okolicach Szczecina i Stargardu. Wielu z nich poległo, zanim dostąpili szczęścia walki wyzwoleńczej, zanim mogli spotkać się z wrogiem w otwartej walce na długość bagnetu. Jak nazywali się, kim byli ci dwaj, o których tak długo musiano opowiadać w Osowie, że powstała z tego legenda?…

Żródło: Marzena Rzeszowska „W Krainie Gryfitów. Podania, legendy i baśnie Pomorza Zachodniego” 1986

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *