Lisie Góry pod Warszynem


Las nocąW południowo wschodniej części Ziemi Pyrzyckiej leży wieś Warszyn. Mroczne lasy oddzielają ją od świata, a są tak nieprzebyte, że ongiś były miejscem kryjówek sławnego rozbójnika Maascha. Lasy te dla mieszkańców Warszyna są święte, bowiem wiele miejsc łączy się tam z podaniami i historią.

Na północ od wsi leży las poprzecinany głębokimi przepaściami, cienistymi drogami, a niekiedy znacznymi wzniesieniami. Są to tzw. Lisie Góry. Nie ma tu takiego miejsca, które nie nosiłoby jakiejś swoistej nazwy. Jest tam diabelska przepaść, kącik czarownic, a zakątek upiorów łączy się z nieprawdopodobną ilością wierzeń miejscu temu przypisanych. Wśród Lisich Gór stał zameczek myśliwski.

W dawnych czasach w zameczku tym było bardzo wesoło, szczególnie po polowaniach. Myśliwską ucztę kończyły tańce, a ci którzy nie tańczyli spotykali się przy stole karcianym. Złoto wędrowało z rąk do rąk.

Pewnego razu znowu odbyło się wielkie polowanie. Niewiele strzelono dziczyzny, toteż pochmurne było czoło organizatora. Gdy wkrótce usiedli do gry w karty i za każdym razem przegrywał, tak że w końcu wybuchnęło długo skrywane niezadowolenie. Krzyknął wówczas: „To jest ostatnie rozdanie, gdy teraz przegram, to niech mnie diabeł porwie!” Wziął karty, rozdał i przegrał. Stary zegar na ścianie zapowiadał jedenastą godzinę. Na dworze było strasznie, a w pokoju stało się tak cicho, że można było usłyszeć przebiegającą mysz. Wszystkich przejął ogromny strach, gdy po owej przegranej grze jakiś czerwony kłębek zaczął się poruszać po stole, a w końcu wpadł do filiżanki przegranego. Napój w naczyniu przybrał barwę krwi. Wszyscy w milczeniu rozeszli się do swoich domostw. Zaczęto unikać myśliwskiego zameczku i nawet na drogach wiodących przez Lisie Góry nie czyniono żadnych napraw.

Od tego czasu szaleje tam diabeł. Wieczorem, gdy samotny wędrowiec idzie drogą wiodącą skrajem lasu z Warszyna do Brzezina często słyszy pohukiwanie sów. Jest to ów pan, który teraz jest w mocy diabła. Pohukiwanie jest coraz bardziej przerażające, coraz bardziej się zwiększa, aż w końcu w uszach wystraszonego wędrowcy rozbrzmiewa wyłącznie chrapliwy dźwięk.

Pewnego razu gorzelany z Warszyna odwiedził swego kolegę z Brzezina. Pożegnali się o jedenastej godzinie. Wówczas między przyjaciółmi panował zwyczaj, by odprowadzić gościa do granicy wsi. Gdy obaj przybyli do granicy Warszyna, bardzo się wystraszyli, bowiem zobaczyli ów zamek myśliwski zupełnie rozświetlony. Rozbrzmiewała prawdziwa diabelska muzyka. O północy wszystko ucichło.

Pewnego dnia kilku owczarzy z Warszyna poszło na Lisie Góry. Przypadkiem trafili do myśliwskiego zameczku. Jeden z parobków, olbrzym z natury, chciał się wykazać wielką odwagą, toteż powiedział: „Tutaj kusi podobno, chętnie spotkałbym Kię z tym duchem”. Jak wiewiórka skoczył na klamkę drzwi i starał się zajrzeć do środka przez niewielkie półkoliste okienka znajdujące się nad drzwiami, ale nagle w sali zamkowej rozbrzmiał niesamowity hałas i inne głosy, a jakieś uderzenie od zewnątrz w okno powaliło go ze strachu na ziemię.

W okolicy diabeł często sam odbywa swe dzikie polowania. Już małemu dziecku w kołysce babcia śpiewa o diabelskim polowaniu, a dorosłym ku przestrodze opowiada się następującą historię. Oto jakiś pasterz pewnego wieczoru poszedł do tego lasu po młodą dębinę, by wystrugać z niej pasterskie laski. Już był w drodze powrotnej, gdy nagle za sobą usłyszał donośne wołanie: „Hot, hot, hi!” W ciemnościach. Zrobiło mu się gorąco i zimno ze strachu, ale wkrótce zastanowił się, cóż to takiego mogło być. Odgłosy oddalały się jakby. Wtedy przypomniał sobie, że dawniej wspomniano mu o zabłąkanych dzieciach, a takie wołanie jest właśnie wołaniem takich biednych istot. Zawrócił, brnął w las, ale wołanie się oddalało. Mniemając, że dzieci coraz bardziej błądzą, zaczął naśladować to wołanie, ale o zgrozo. To chyba nie mogą byt dzieci, przecież to w powietrzu coś nad nim szaleje i krzyczy, że można zmysły postradać. „Razem z nami polowałeś, razem z nami podążysz dalej!”. To były ostatnie słowa, które usłyszał, potem stracił przytomność. Gdy się ocknął, dokoła było bardzo spokojnie i zamierzał roześmiać się nad sennym przeżyciem, gdy oto tuż obok siebie zobaczył prawdziwą ludzką nogę. Zerwał się na równe nogi i uciekł, ale noga biegła tuż przy nim w tym samym tempie. Nie potrafił się od niej oderwać, a ciągle brzmiało mu w uszach: „Razem z nami podążysz dalej!” W końcu poszedł do pastora i poprosił o radę. Gdy wszelkie modlitwy i śpiewy nic nie pomogły, duchowny poradził mu by ugryzł tę nogę i noga zniknęła.

 

Źródło: Wojciech Łysiak „Diabelskie sprawki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *